Autor: Paulina Rezmer

2017-02-14, Aktualizacja: 2017-02-17 12:04 źródło: Naszemiasto.pl

"Lubię". Kulinarny atlas o miłych ludziach i życiu

„Lubię” to książka, którą w grudniu 2016 roku napisali i sami wydali Monika Mądra-Pawlak i Jan Pawlak, choć materiały do niej zbierali niemal całe życie. Na co dzień prowadzą kawiarnię i knajpę. Mają za sobą doświadczenie w pracy w korporacjach, piarze, reklamie… Są rodzicami dwójki dzieci. Opowieść o ich życiu brzmi jak sen szaleńca. Przynajmniej do momentu przekroczenia progu Raju albo La Ruiny.

- Daj jeszcze dziesięć minut! – woła z kuchni Monika, która uwija się przy nowym daniu, tym samym lekko opóźniając nasze spotkanie. Przytakuję, bo przecież dla takich, co odrywają mistrzów od pracy, jest osobny krąg w piekle. A poza tym mam okazję wypić wyśmienitą, czarną jak smoła kawę o orzechowym posmaku w zupełnej samotności, jeśli nie liczyć personelu. Za jakąś godzinę w poznańskim Raju i La Ruinie nie będzie gdzie palca wcisnąć.


© Jan Pawlak

Podróże są wielką pasją Moniki i Jana

Z głośników leci power-popowy kawałek brytyjskiego Squeeze. Z okna do przechodniów miarowo macha maneki-neko, kot zapraszający. Choć Monika i Jan starają się unikać tego sformułowania, to właśnie tutaj, na poznańskiej Śródce, tworzy się lokalna mitologia. Oboje mocno wierzą w to, że życie może być przyjemne, ludzie kochający i mili, a jedzenie smaczne. W myśl tego napisali atlas z przepisami „Lubię”.

Pierwszy nakład rozszedł się ekspresowo. Do pokaźnej publikacji trafiły przygody i przepisy m. in. z Boliwii, Hongkongu, Izraela, Kambodży, Sri Lanki, Kuby, Laosu, Ukrainy, Maroka, Peru… I oczywiście ze Śródki, która, jak przyjęło się wśród entuzjastów tej najmniejszej poznańskiej dzielnicy, spokojnie radziłaby sobie jako niezależna republika, którą już zresztą kilkaset lat temu była.

La Ruinę Monika i Jan otworzyli w 2012 roku po półrocznym remoncie dawnego sklepu monopolowego. Od początku wiadomo było, że lokal powstanie na Śródce. - Stwierdziliśmy, że warto zrobić miejsce dla siebie, z dobrą kawą, domowymi wypiekami i kulinarnymi wynalazkami przywiezionymi z dalekich podróży. Schodzimy tu w kapciach, bo mieszkamy nad kawiarnią. To w zasadzie dodatkowy pokój - mówią.





„Tworzy. Rozumie. Szanuje. Podziwia. Pomaga. Otwiera. Zmienia. Rozwija. Łączy. Relaksuje. Inspiruje. Smakuje. Lubienie czyni pokój”. Tak zaczyna się podróż z Moniką Mądrą-Pawlak i Janem Pawlakiem po świecie. - Tytuł książki jest prosty. I według niego właściwie żyjemy. Trzeba lubić najpierw siebie i najbliższe otoczenie. Potem już bardzo łatwo polubić całą resztę – tłumaczą.


Podczas swoich podróży Monika i Jan polubili wiele miejsc i, co ważniejsze, ludzi. Choćby babcię Manike, która życzliwym, ciepłym wzrokiem spogląda na nas z okładki. Zdjęcie zrobiono w jej domowej kuchni, podczas pobytu autorów na Sri Lance. - Ta fotografia kojarzy nam się ze wszystkim, co w gotowaniu najbardziej rozczulające. Domowa kuchnia, od babci, więc najlepsza. Ogień w piecu, skromna, szczęśliwa bohaterka codzienności – wylicza Monika.

© Jan Pawlak

Monika i Jan

Jeszcze przed drukiem książki, udało się skontaktować z Manike. Prowadzona łamanym angielskim rozmowa przez video chat i wymiana wspomnień dostarczyły licznych wzruszeń. - A egzemplarz „Lubię” lada dzień dotrze na wyspę Cejlon, właśnie do kuchni babci Manike – dodają właściciele Raju i La Ruiny.

To książka do czytania i gotowania. O ludziach, którzy podróżują, gotują, ale też dla których się gotuje. Bo na karty „Lubię” trafiło mnóstwo anegdot i dialogów prostych, ale tak symbolicznych, że musiały wyjść poza drzwi kuchni, sypialni czy obręb stolika przy śródeckich knajpkach. Jak np. ten o prostym, kojarzącym się ze szczęśliwym dzieciństwem jabłeczniku: „- Cóż jest w nim szczególnego? Właśnie o to chodzi, że nic”. Albo rozbrajające pytanie: „Niech mi pan powie. Co to k***a jest ta sernikologia?!”, które padło na trasie z Berlina do Poznania. Odcinek regularnie pokonywał jeden z dostawców La Ruiny poruszający się samochodem z napisem „Instytut Sernikologii Stosowanej”. - Ten napis to był żart, który zaczął żyć własnym życiem – śmieje się Jan. - Ludzie dzwonili nawet do nas z pytaniem o adres tego instytutu, który przecież nie istnieje.


© Jan Pawlak



Istnieją za to słynne na całą Polskę serniki, które trafiają tak do zwykłych domów, jak i na przyjęcie urodzinowe z okazji setnej rocznicy aktorki Danuty Szaflarskiej w pałacu prezydenckim. Kawałek sernika z La Ruiny został w tym roku zlicytowany na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy za ponad 2 tysiące złotych. Przepisów na te dzieła kulinarnej sztuki w „Lubię” znalazło się sporo, choć Monika mówi, że ze wszystkich ciast, robienie tych właśnie sprawia jej najmniej frajdy. - Bardziej lubię babki niż serniki, pistacje niż migdały – pisze szefowa kuchni w La Ruinie i Raju. Częstuje czytelników przepisem na pistacjową babę. I zachęca do eksperymentowania. Choć do własnej kuchni ma podejście raczej matematyczne, proporcje muszą się u niej zgadzać co do grama, sama zachęca do tego, by bawić się przepisami, bo przecież gotowanie to sztuka.

I eksperyment. Na kartach książki również taka anegdota: "Młodzież w szkole, to nie przeczyta, ale Monika wynalazła właśnie przepis na wędzoną śmietanę o smaku i aromacie marihuany. I to z legalnie dostępnych produktów w Raju. W domu letka konsternacja, zwłaszcza że dzieci na chorobowym". I jeszcze taka: "Padło gdzieś tam pytanie, czy na naszej pocztówce o testaroli (rodzaj włoskiego makaronu - przyp. red.), które bardzo często zaskakuje również rodowitych Włochów, jest Pablo Escobar. To krępująca sytuacja. Niestety nie możemy tego ani potwierdzić, ani zaprzeczyć". Każdemu, kto przeczytał o tym w książce lub na facebookowym profilu trudno się teraz nie roześmiać na widok pocztówki pełniącej funkcję menu.

„Lubię” to lektura, którą można pochłonąć do kawy i sernika. Ale to też książka, do której chętnie się wraca. Wokół przywoływanych przez Monikę i Jana wspomnień i anegdot chce się obudować własne. Chce się wreszcie spakować plecak i – jak piszą – za nie więcej niż 500 euro kupić bilet na drugi koniec świata, tam i z powrotem. By coś i kogoś zwyczajnie polubić.


© Jan Pawlak



Żeby atlas z przepisami mógł ukazać się w takim kształcie, jak chcieli tego Monika i Jan, powstało ich własne wydawnictwo - Ryżowe Okulary. - Założyliśmy je, by móc decydować o każdym milimetrze książki, zarówno jeśli idzie o treść, jak i o stronę graficzną – tłumaczy Jan. Jej zawartość napisali wspólnie. Zdjęcia są jego autorstwa. Jak mówi - stara szkoła fotografii. Bez ulepszania, świateł i ekranów. Przepisy (z wyjątkiem jednego) to przelany na papier kunszt kulinarny Moniki. Wszystko powstawało na wariackich papierach. Nikt nie chciał uwierzyć, że dadzą radę napisać książkę w miesiąc.


© Jan Pawlak



Książkę można zakupić na Śródce lub zamówić przez stronę Ryżowe okulary, a Monikę i Jana odwiedzić w sercu Poznania w Raju i La Ruinie. Obiecują, że na „Lubię” się nie skończy, a żeby za rok wydać kolejne dzieło, muszą, pierwszy raz w życiu, bardzo dokładnie zaplanować
swoją, największą kolejną wyprawę.

Paulina Rezmer, dziennikarka poznan.naszemiasto.pl
Zdjęcie główne: Jan Pawlak

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!

Autor: Piotr Wróblewski

2017-02-17, Aktualizacja: wczoraj 09:04

Krzysztof Zalewski: Opuszczam gardę, żeby wpuścić ludzi do środka

- Może rzeczywiście momentami się odsłaniam. To nie jest obraz pewnego siebie faceta z dużymi muskułami, ale to prawda - mówi Krzysztof Zalewski o swojej trzeciej płycie - "Złoto". Muzyk zaprasza nas w niej do swojego świata. Trochę naiwnego, przepełnionego nie zawsze szczęśliwą miłością i lękami dotyczącymi sytuacji politycznej w kraju. Z Krzysztofem Zalewskim rozmawiamy o Natalii Przybysz, "Historii Roja", "Idolu", ale przede wszystkim o płycie, która - jak sam przyznaje - spowodowała, że na koncertach pojawiają się tłumy.

Krzysztof Zalewski , muzyk, kompozytor, multiinstrumentalista; laureat II edycji programu "Idol", zagrał główną rolę w filmie "Historia Roja". Do tej pory wydał trzy płyty: "Pistolet" (2004), "Zelig" (2013), "Złoto" (2016). Współpracował z m.in. z zespołem Muchy, HEY, Brodką i Kasią Nosowską.

Jesteś muzycznym perfekcjonistą. To pomaga w graniu koncertów?

Graliśmy kiedyś w pięciu, w małej piwnicy wyłożonej terakotą. Słyszałem tylko hałas. Zastanawiałem się, co w takim razie słyszą ludzie? Jaki jest sens grania w takim miejscu? Oni są fanami, znają przecież te piosenki, ale zaciskają zęby, bo słyszą tylko huk. Jestem fanem rock'n'rolla, ale uważam, że należy poświęcić trochę czasu, żeby zobaczyć, czy jakieś miejsce w ogóle nadaje się do grania muzyki.

Pytam o to, bo podobno kiedyś po koncertach skupiałeś się głównie na swoich błędach.

Staram się z tego wyleczyć. Oczywiście to trudne, bo jestem perfekcjonistą, a do tego zodiakalną Panną. Przy tej płycie musiałem się tego oduczyć z dwóch powodów.

Z jakich?

Po pierwsze dlatego, że poprzedni krążek robiłem wiele lat, bez zegara nad sobą. Chyba trochę sam przedłużałem ten proces, nie byłem gotowy. Tym razem musiałem się spieszyć. Może nie wszystko poszło tak perfekcyjnie, jakbym tego chciał, ale musiałem się zdecydować, czy cyzelować w nieskończoność i nagrać pięć piosenek, czy zrobić całą płytę i pozwolić sobie na odrobinę rock'n'rolla. Po drugie, musiałem całkowicie przejąć obowiązki gitarzysty, a przyznam się, że mam w tej dziedzinie jeszcze wiele sobie do zarzucenia.
Uważam się za profesjonalnego wokalistę, przez lata nauczyłem się operować głosem, ale grania na gitarze ciągle się uczę. Jest jednak taki zespół jak Dream Theater, który gra wszystko w punkt i mimo wszystko nie da się tego słuchać! Zdecydowanie wolę Ramones czy Stonesów.


© mat. pras.

Autor: mat. pras.

Wydaje mi się, że Twoja ostatnia płyta - „Złoto” - jest o wewnętrznych lękach…

Nigdy nie starałem się analizować swoich piosenek. Tym bardziej, że na tej płycie nie ma jednej, konkretnej myśli przewodniej.

… no właśnie, to nie jest koncept album.

Robię piosenki i potem wybieram te najlepsze. Mam większą łatwość do komponowania melodii niż do pisania tekstów. Mam od groma niedokończonych utworów. Zostają te, przy których pojawia się konkretna myśl. Czasem piszę po trzy, cztery teksty do jednej piosenki, bo coś mi nie pasuje. Zdarza się, że nagram demo, a potem zastanawiam się, co sama piosenka chce mi powiedzieć.

Jakiś przykład?

Chociażby „Chłopiec” jest taką próbą rozliczenia się, wykrzyczenia pewnych lęków. To dla mnie rodzaj autoterapii. Jako słuchacz bardziej identyfikowałem się z zespołami, które śpiewają prawdę.
Może rzeczywiście momentami się odsłaniam. To nie jest obraz pewnego siebie faceta z dużymi muskułami, ale to prawda. Czasami troszeczkę ubarwiam, ale ogólnie rzecz biorąc to są teksty o mnie. Opuszczam gardę, żeby wpuścić ludzi do środka. W taki sposób wytwarza się więź.
Najpiękniejsze jest to uczucie, gdy na koncertach znika bariera między mną, a odbiorcami. Mówię to też jako wieloletni uczestnik czyichś koncertów. Na koncertach zespołu HEY czy Pogodno czułem, że gram razem z nimi. Śpiewałem, bawiłem się, a potem trzy dni nie mogłem mówić – bo tak się darłem.

Piosenki na płycie „Złoto” są stworzone w kilku różnych klimatach muzycznych. Do tego praktycznie każda z nich mogłaby być singlem. To zamierzony efekt?

Gromadząc materiał na płytę, dokonuję przesiewu. Nie wszystkie piosenki wchodzą na krążek. Najlepszy jest przy tym test czasu. Gdy robię piosenkę, jest moment euforii, a potem opada kurz i z perspektywy czasu dochodzi się do tego, czy numer ma w sobie coś, czy nie. Jak słucha się pierwszej płyty The Doors, to tam są same hity – singiel w singiel. Tak samo w przypadku Rage Against the Machine czy Lady Pank – oni na dziesięć numerów zrobili dziewięć singli, które większość Polaków zna na pamięć. Chciałem, żeby na moją płytę trafiały dobre piosenki. Każda z nich mogłaby żyć własnym życiem.

Niektóre już gdzieś "wędrowały"...

Chociażby „Lukę” czy „Uchodźcę” testowałem na koncertach. One były komponowane pod moje solo akty, dlatego nie są to rozbudowane formy. Ogólnie starałem się, żeby na tej płycie nie było przerostu formy nad treścią. Czasami to brzmi „brudniej”, wokale są lekko fałszujące. Bardziej postawiłem na przekaz niż na ornamenty.



Przyczepię się do „Luki”, bo ona się bardzo zmieniała. Na koncertach brzmiała inaczej, na płycie w inny sposób, a teraz widziałem, że na Twojej stronie można zrobić swoją wersję tej piosenki.

Bardzo lubię ten numer, bo jest samym konkretem. Tam jest jeden riff na basie, drugi na klawiszu i w refrenie wchodzą akordy, żeby to dogęścić. Nie wstydzę się obedrzeć tej piosenki z całej produkcji. Żeby ludzie zmiksowali to po swojemu. To nie jest tak, że ta piosenka działa, bo tam jest dwieście śladów poukrywanych. To brzmi tak, jak nagrałem to pewnego dnia w studiu. Teraz mam lot na proste rzeczy.

Jeżeli ktoś chce poszukać więcej informacji o Krzysztofie Zalewskim, to trafi na film „Historia Roja”, a także na numer „Uchodźca”. Wydaje się, że jedno i drugie dzieli ideologiczna przepaść.

„Historię Roja” kręciliśmy siedem lat temu. Wtedy Polska była w zupełnie innym miejscu. Posiadanie innych poglądów politycznych nie powodowało, że nie mogliśmy siedzieć przy wigilii przy jednym stole. Wtedy naiwnie myślałem, że ten film to jest szansa, żeby po prostu opowiedzieć tę ciekawą, wcale niejednowymiarową historię.


W tym czasie brałem udział w koncercie realizowanym przez Muzeum Powstania Warszawskiego, a próby mieliśmy w siedzibie Krytyki Politycznej. Oni dawali mi książki, a ja później szedłem na obiad, gdzie byli Ziemkiewicz, Semka i ludzie, o których dzisiaj mam gorsze zdanie niż wtedy. Nie zgadzałem się z jednymi i drugimi, ale potrafiliśmy się dogadać.



Uważam, że sam temat żołnierzy wyklętych należy wyciągnąć na światło dziennie. Nie myślałem jednak, że film będzie aż tak jaskrawo używany, jako broń polityczna.
Jakbym wiedział, że prezydent Duda będzie dziękował na premierze „Polsce kibolskiej” i ONR-owi, nie wziąłbym w tym udziału! Nie mieści mi się, że głowa państwa podlizuje się naziolom i baranom, dla których jedyną wartością jest przemoc. Myślałem, że będzie tak, jak mówił Wolter: „pańskie poglądy są mi wstrętne, ale oddałbym życie, żeby mógł je pan głosić”.


Gdy czytałem scenariusz, to dla mnie "Rój" nie był dobrym bohaterem. Nie mógł pozbyć się chęci zemsty i wolał dać się zabić w walce o coś. To postać, którą szanuję, ale jest bardzo daleka ode mnie. Poza tym wiesz, masz dwadzieścia parę lat i ktoś proponuje ci główną rolę w filmie, to chcesz spróbować. Nie spodziewałem się, że dojedzie do takiej wojny polsko-polskiej i że film wyjdzie dopiero po siedmiu latach, gdy i ja jestem już w zupełnie innym miejscu.

Ale są na pewno plusy tego, że wziąłeś udział w tym filmie.

Jechałem ostatnio pociągiem w długą trasę. W przedziale siedziała kobieta, która była wyznawczynią teorii spiskowych. Sporo rozmawialiśmy. Gdy skojarzyła mnie z postacią „Roja”, to nagle inaczej zaczęła mnie słuchać. W końcu musiała poddać w wątpliwość tezę o zamachu, musiała zgodzić się, że ktoś może mieć inne zdanie. Okazało się, że można tę pewność i „jedyną rację” zaburzyć.

© mat. pras.

Autor: mat. pras.

W sumie, dla dwóch stron konfliktu możesz być partnerem do dyskusji.

Dopóki skinheadzi mnie nie porwą i nie zakopią w lesie, to jest dobrze (śmiech). Mogę tylko liczyć na to, że ci, którzy są zacietrzewieni, też zechcą mnie posłuchać. Zobaczą, że ci po drugiej stronie to też sąsiedzi, rodacy. Przecież nie wszyscy sympatycy PiS-u to skinheadzi czy kibole. To, że mam twarz filmowego „Roja”, może przyczyni się do tego, że ten rów uda się zasypać.

Mam wrażenie, że „siedzą” w Tobie tematy polityczne. Słychać to chociażby w piosence „Polska”.

Napisałem pierwszą wersję bardzo wprost, ale trochę mnie to bolało. Minęło sporo czasu i zobaczyłem, że tekst jest trochę gówniarski. Zostawiłem swoje refreny i razem z Michałem Wiraszko (wokalista zespołu Muchy – przyp. red.) napisaliśmy zwrotki od nowa. Także teraz jest to trochę piosenka do kobiety, a trochę o prezesie…

Pozostając w tematach społeczno-politycznych, mam wrażenie, że piosenka „Jak dobrze” za sprawą Natalii Przybysz, która zajęła mocne stanowisko w sprawie aborcji, zyskała ostatnio inny wymiar.

Wszystkie te działania związane z piosenką zrobiliśmy, zanim ukazał się ten artykuł w „Wysokich Obcasach” (w czasie burzy dotyczącej ustawy antyaborcyjnej, Natalia Przybysz przyznała, że dokonała aborcji – przyp. red.). Ale jakby się ukazał wcześniej i tak byśmy to nagrali.
Lubię Natalię Przybysz, uważam, że jest wspaniałą wokalistką i autorką, mogę z dumą powiedzieć, że się przyjaźnimy. Nie mam prawa oceniać jej życiowych wyborów. Taki głos był na pewno potrzebny. Trochę wystawiła się jednak na pierwszy strzał.
Nie zapominajmy, że ten artykuł ukazał się po tym, jak PiS chciał razem z biskupami zaostrzyć prawo aborcyjne, co równa się piekłu kobiet. Taki głos skrajnie z drugiej strony był potrzebny, żeby wyważyć dyskusję. Nieszczęście, że cała nienawiść skupiła się na Natalii. Ona miała wielką odwagę, żeby powiedzieć prawdę. Ja jestem chyba zbyt głupi, żeby być prorokiem czy prowadzić ludzi na barykady. Mówię o tym, co mnie boli, o moich rozterkach sercowych czy jak radzę sobie ze starzeniem. Cały czas mam wiarę, że jednak się pogodzimy.

Czy to jest wyjątkowy moment dla Ciebie, żeby bardziej komentować rzeczywistość? Czy to w ogóle kierunek w którym chciałbyś iść?

Ludzie zaczęli tłumnie chodzić na moje koncerty, słuchają, co mówię ze sceny. To wiąże się z dużą odpowiedzialnością. Nie mógłbym spać spokojnie, gdybym nie mówił tego, co wydaje mi się słuszne. Nie mam nic przeciwko sympatykom PiS, to też są moi przyjaciele. Na moje koncerty przychodzą ludzie z różnych stron, dlatego stworzyłem nawet swoją flagę – czerwoną, ze złotą meduzą w środku. Wychodzimy wtedy z „polskiego piekiełka” i ogłaszam "Republikę Złotej Meduzy", w której rządzi muzyka i miłość, gdzie każdy jest akceptowany.

Fajna ucieczka…

To też, ale chodzi o to, że ja jestem muzykiem, a nie politykiem. Mam prawo być naiwny. Chcę zamordować ludzi miłością na koncercie. Przede wszystkim cieszę się, że przychodzą na koncerty. Nie chcę wiedzieć, na kogo głosowali, ale chcę dać znać, na kogo ja na pewno nie głosowałem.

Skoro już zaczęliśmy rozmawiać o piosence „Jak dobrze”, to nie można pominąć klipu do utworu "Miłość, miłość", w którym wystąpiła Natalia. Nagraliście go bez dubli?

Tak, bez dubli. To też nie było tak, że kamery były włączone przez dwanaście godzin. Jednak wszystkie etapy po kolei następowały. Szczególnie ostatnia scena, gdy jesteśmy obłożeni od stóp do głów, powodowała lekki stres. Na pewno nie dałbym rady, gdyby nie Natalia Przybysz, która jest joginką. Bałem się, że poruszę się, rozbiję wszystkie filiżanki, trzeba będzie robić przerwę, kupować nowe… Ona mnie uspokajała. Tłumaczyła, że wszystkie te obciążenia pozwalają zachować prawidłową postawę.



Jestem bardzo wdzięczny Piotrowi Onopie, że wszystko tak świetnie nakręcił. Dużo rozmawialiśmy o tej piosence. Dla mnie jest ona o odpuszczaniu, trochę buddyjska, dlatego chciałem przemycić mandalę (motyw buddyjski – przyp. red.).
Najtrudniejsza rzecz to wyzbyć się zaborczej miłości. Uświadomić sobie, że nic nie jesteśmy w stanie zatrzymać na dłużej.
Piotrek wpadł na to, jak to połączyć. Teraz mamy wysoko postawianą poprzeczkę, bo wkrótce kręcimy kolejne klipy do „Jak dobrze” i „Polsko”.

Rusza kolejny „Idol”. Z perspektywy czasu wystąpiłbyś w tym programie jeszcze raz?

Jakbym miał osiemnaście lat i w głowie to, co wtedy - na pewno. Z tym, że gdy ja startowałem w "Idolu", to był jedyny tego typu program w Polsce. W liceum byłem odludkiem ze względu na to, czego słuchałem i że miałem długie włosy. Większość kolegów słuchało mainstreamu. Wtedy ten program nas zjednoczył, teraz podobne produkcje są co miesiąc i już nie mają takiego znaczenia.

Od Twojego udziału w tym programie minęło już ponad dziesięć lat. Ty też zniknąłeś na dłuższy czas, by wrócić z płytą „Zelig” (wydaną w 2013 roku).

Po programie postawili mnie na piedestał. Problem w tym, że kochałem muzykę, ale nie umiałem śpiewać i komponować.
Gdybym teraz odpalił finał „Idola”, to nie mógłbym tego słuchać. Brzmię jak pijany marynarz po butelce rumu. Potem zacząłem ostro trenować. Wybudowałem sobie dźwiękoszczelną kabinę na środku mieszkania i nagrywałem się nocami.
Uczyłem się tego, a teraz mogę powiedzieć bez kompleksów, że jestem profesjonalnym wokalistą. Po programie wydałem płytę, ale to były kalki zespołów, których wtedy słuchałem – choćby Alice in Chains. Musiałem przejść ten czeladniczy okres praktyk.

Tytuł najnowszej płyty „Złoto” jest trochę próżny?

Próżny? Przewrotny trochę. Liczę, że osiągnie status złotej płyty. W dużej mierze jest to na serio. Po pierwsze, mam 32 lata. To są moje lata. Przyszedł czas, żeby się przestać krygować i wykrzyczeć światu, czego chcę. A ja chcę, żeby były tłumy na koncertach, a płyta złota, a nawet platynowa. Nie chodzi o próżność, o to, żeby mieć willę z basenem, tylko żeby dzielić się muzyką z ludźmi. Teraz jest ten moment. Największą frajdę mam, gdy robię chór z ludzi na koncertach. Uczę ich przez pół koncertu, a potem „wypuszczam” a capella. To zjednoczenie, mam nadzieję, że to im zostaje i kojarzy się ze mną. Poza tym, skoro "robisz" w danej branży – a to jest mój zawód - to przecież marzą ci się pełne hale. Nie chodzi o to, żeby grać dla dwóch osób.

Wracając do tytułu. Sam temat złota jest dla mnie ciekawy. Dlaczego ludzie mordują się dla złota? Dlaczego złoto jest świetnym izolatorem i jeszcze lepszym przewodnikiem ciepła? Złotem możesz naprawić dziurę ozonową... Bez niego nie polecisz w kosmos...

No i jest deficytowe…

I jest na „z”… Jest też teoria, że ludzie powstali dlatego, że Anunnaki przylecieli ze swojej planety w poszukiwaniu złota. Zmieszali geny Australopitka ze swoimi i tak powstał Adamu – pierwszy człowiek. Tak podają sumeryjskie legendy. To też być może jest bajka, ale jak śpiewał Adam Nowak: „Trudno nie wierzyć w nic”.

Podobno przymierzasz się już do kolejnej płyty. To prawda?

Cały czas się przymierzam. Co prawda teraz dopadła mnie polska zima oraz intensywna trasa. Mam już jednak dwa numery. Po koncertach zrobimy zgrupowanie i będziemy działać. Im wcześniej się do tego zabierzemy, tym większą swobodę będziemy mieli. I tak jestem w głębokich malinach. Jak David Bowie nagrywał płytę „Hunky Dory”, to miał już gotową połowę kolejnego krążka. Był już dwa wcielenia później. Myślę, że to jest też coś, czego się nauczę. Wszystkiego można się nauczyć. Kasia Nosowska powiedziała mi, że pisanie to jest rutyna. Podstawa to ciągła praca.

Nawet piosenkę o tym napisała. Chciałbyś jeszcze coś dodać?

Tak, serdecznie wszystkich zapraszam do Stodoły! W Warszawie 23 lutego gramy swój największy koncert, bo już pobiliśmy swój rekord frekwencyjny. Co ogromnie mnie cieszy.

Czyli idziesz na złoto?

Cieszę się, że tyle osób przyjdzie na koncert. Zrobimy razem "Republikę Złotej Meduzy" albo "Kościół Złotej Meduzy", bo będzie taniej ze względów podatkowych (śmiech). Spróbujemy naiwną miłością naprawiać świat, naprawiać Polskę od środka. Chcę, żeby wszyscy dostali taki wpie***l na koncercie, żeby nie mogli opuścić kolejnego występu.

rozmawiał Piotr Wróblewski, dziennikarz naszemiasto.pl

Zdjęcie główne, autor: mat. pras.

Autor: mat. pras.

Autor: Sonia Tulczyńska

2017-02-17, Aktualizacja: 2017-02-17 11:04

Cyber Marian, Buka i tajemnica wielkiego wąsa

Na kontraktach reklamowych zarabia krocie i jest tak zapracowanym człowiekiem, że nie ma czasu pojechać na wakacje. Cyber Marian, popularny youtuber, znany ze swojego dziwnego wizerunku, który wykreował na potrzeby mediów, opowiedział nam o kulisach życia w internecie.

Cyber Marian (ur. 9 lutego 1984 roku) to polski youtuber, producent filmowy i montażysta. Swój kanał w serwisie YouTube prowadzi od 2011 roku. Jego filmy z serii "Ukryte polskie Mega Mixy" oraz "Amerykańskie trailery polskich filmów" są znane na całym świecie. Słynie z wykreowanego wizerunku, który pozwala mu chronić prywatność. Poza tym Cyber Marian jest autorem książki „Dziś tak bardziej”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Insignis Media. Oprócz życia zawodowego i początków kariery opisał w niej znaczną część swojego prywatnego życia - dzieciństwo, rodzinę, a także zmagania z chorobą nowotworową.

Spotykamy się podczas imprezy charytatywnej "Domeyko Dzieciom". Brałeś udział w meczu gwiazdy kontra uczniowie. Przed chwilą dzielnie broniłeś na bramce. Ile straciłeś goli?

Kurczę, jak w pierwszej połowie jedną wpuściłem, to myślałem, że będzie dobrze. W końcu przed przyjazdem obejrzałem na YouTubie dwa tutoriale [instrukcje wideo - przyp. red.] na temat tego, jak dobrze bronić i myślałem, że wiem wszystko. Jedną bramkę obroniłem, to od razu pomyślałem: "O! Ten sposób działa!", ale drugiej już się nie udało... I kolejnych... Ostatni raz grałem w piłkę w podstawówce. Pamiętam, jak wołali za mną: "Marian, na budę!".

Ale ten mecz był reżyserowany?

Nie! Po prostu czasami nie da się zrobić wszystkiego najlepiej! W końcu Marian też człowiek, a nie maszyna. Muszę przyznać, że po tym meczu nie wrócę do domu ze spuszczoną głową.

Dlaczego właściwie zdecydowałeś się dzisiaj tutaj być, mimo napiętego planu?

Tam, gdzie dzieje się coś dobrego, zawsze się pojawiam.

A jak w ogóle "narodził się" Marian?

Z kobiety! (śmiech)

Miałam na myśli wizerunek. Po co to wszystko?

Inspiracją do stworzenia tej postaci był kawałek "Elektronik Supersonik". Poza tym, od dawna mi się marzyło, żeby mieć kogoś takiego w internecie. Śledziłem CeZika, który był w tamtych czasach popularny i któregoś dnia wymyśliłem takiego Cyber Mariana.


© Damian Kujawa



Dopracowujesz tę postać z dbałością o każdy szczegół.

Tak to wygląda? No w końcu mam sześciu stylistów... (śmiech)

Chodzi mi na przykład o wąsy, które malujesz, a nie naklejasz.

Wszyscy myślą, że te wąsy są doklejone! A ja zdradzam w mojej książce, jak tworzę ten wizerunek. Dołączona jest specjalna aplikacja, w której znajduje się filmik. Mówię w nim, że jeśli ktoś nie chce sobie zniszczyć psychiki, to niech lepiej tego nie ogląda. To właśnie w nim uchylam rąbka tajemnicy wielkiego wąsa.

A okulary zawsze nosisz?

Tak, śpię w nich. Mam je przyspawane do uszu (śmiech)

W głośnym wywiadzie, w którym powiedziałeś, ile pieniędzy bierzesz za zlecenie, podkreśliłeś, iż nie przyjmujesz ofert reklamowych od finansistów, bo ci są nudni. Co decyduje o tym, że zgadzasz się na współpracę z danym zleceniodawcą?

W skrócie mówiąc: "jeśli kuma bazę". Jak daje mi wolną rękę do działania, czyli na przykład mówi: "O! Marian, mamy taki pomysł, oddajemy to w twoje ręce, bo wiemy, że się znasz i wiesz, co twoim widzom się podoba" - takie zlecenia biorę, bo wiem, że może być fajnie. Natomiast za każdym razem, jeśli ktoś ma superwytyczne, jak ja to mówię: "eksele, piksele, korpomorele" - to niechętnie się godzę.

Uwielbiałeś MacGyvera, a w dzieciństwie zakradałeś się z braćmi na Stare Miasto, mimo zakazów rodziców. Czy takie łamanie określonych zasad przydaje Ci się dzisiaj w pracy zawodowej?

Tak. I gdzieś to wynika z mojego charakteru, że lubię robić wszystko po swojemu. Dlatego nie pracowałem nigdy na etacie od godz. 8 do 16.
Nie potrafię pracować, kiedy ktoś nade mną stoi i mówi, co mam robić. To mało kreatywne, a ja jestem bardzo kreatywną osobą. Wolę być sam dla siebie.




Mówisz, że łączysz w sobie dwie istoty - artystę i twardo stąpającego po ziemi człowieka. Pomaga Ci to w biznesie?

Od finansów i przedsiębiorczości jest mój Starszy Brat, bo ja nie mam w ogóle głowy do biznesu. Dlatego stworzyłem taki fajny tandem - brat zajmuje się przyziemnymi rzeczami, a ja, z głową w chmurach, działam niczym artysta.

Czyli nie stąpasz twardo po ziemi? Tak napisałeś. To są Twoje słowa.

Twardo? Taaa... Stąpam.. (ironiczny uśmiech)

Stawiasz na pracę z rodziną. Dlaczego?

Bo to jest fajne. I to jest pytanie, które się często pojawia: "Jak na to reaguje rodzina?". U mnie ona nawet czasem występuje! Wspiera mnie od samego początku. I to bardzo pomaga. Szczególnie, że w moim życiu nie pojawiły się docinki w stylu: "Marian, co ty wymyślasz? Do normalnej pracy byś poszedł!"

W książce dużo uwagi poświęcasz swojej kobiecie. Cyber Marian by nie istniał, gdyby nie żona?

Bez jej wsparcia - szczególnie w okresie związanym z chorobą - nie dałbym rady.


© FOT. SZYMON STARNAWSKI / POLSKA PRESS



Chorowałeś siedem lat i o chorobie napisałeś dużo w swojej książce. Nie miałeś problemu, żeby się tak uzewnętrznić?

Nie. Nigdy nie miałem z tym problemu, żeby mówić o tym, co mnie spotkało. Już kiedyś napisałem książkę o chorobie, tylko pod swoim prawdziwym nazwiskiem. I zastanawiałem się, czy jej nie wydać jako Cyber Marian.

Ale były momenty, kiedy się poddawałeś.

Nie jestem maszyną, jestem człowiekiem! Oczywiście, miałem moment, kiedy chciałem się poddać. Wtedy totalnie się załamałem i wszystko to poleciało. Ale był to jednorazowy, wielki upust.

Tej życiowej energii na długo Ci jeszcze wystarczy?

Na razie starcza i jest fajnie! To właśnie jest ciekawe w byciu youtuberem, że każdy dzień jest inny. Nie idę do korporacji na ósmą rano, potem byle dotrwać do szesnastej, a potem do domu... Nie padam po pracy na twarz i zaraz kolejny dzień mam taki sam. Nie lubię rutyny i w moim życiu jej nie ma!


A te regularne wyjazdy z braćmi, występy na imprezach firmowych...

To też nie było takie rutynowe. Jeździliśmy po całej Polsce, różnie bywało. Uważam, że bycie artystą jest super! Ciągle wymyśla się coś nowego.

A nie myślisz czasem o ciepłej posadce w telewizji?

To nie mój świat. Doświadczyłem już takiej pracy i tam nie ma kreatywności. Masz nad sobą ludzi, są pewne standardy i ramy, których trzeba się trzymać. Dziś mam dowolność. Realizuję to, co mam w głowie.

Jest coś, czegoś się boisz?

Buki! (bohaterka książek o Muminkach - przyp. red.) To moja trauma z dzieciństwa.

A końca YouTube'a? Jak w ogóle widzisz YouTube'a za kilka lat?

Nie widzę! Widzę tylko do metra pięćdziesiąt przed siebie. (śmiech) Nie gdybam. Nie będzie YouTube'a, to wtedy będę się martwić. Mam takie powiedzenie i staram się nim zawsze kierować: "martwię się etapami". To wyrażenie jest bardzo przydatne w życiu, szczególnie dla kobiet, które uwielbiają się zamartwiać. Coś o tym wiem, w końcu jestem żonaty już dziewięć lat.

Byłbyś dumny, gdyby jeden z Twoich fanów wytatuował sobie taki cytat na ciele: "martwię się etapami"?

Oczywiście. Tylko zależy gdzie. (śmiech)

Jeśli jesteśmy przy fanach – masz wielu hejterów?

To jest niesamowite zjawisko, że pomimo mojego wyglądu, u mnie jest mało hejtów. I mówi to wiele osób. Ciekawe, jak to interpretować? Sądzę, że mam bardzo wiernych widzów. A często się zdarza, że na kanałach, które mają milion subskrypcji, jest niezły miszmasz. Jak tylko jakiemuś youtuberowi poślizgnie się noga, to jego widzowie już po nim jadą. Na tak dużych kanałach jest taki trochę "Babilon". U mnie jest inaczej. Żeby zasubskrybować Mariana, trzeba skumać, że jest to przebranie i postać, w którą się wcielam. Mam kumatych widzów i dbam o nich.


© Damian Kujawa



Każdemu odpisujesz?

Nie da się każdemu.

A na "fejsie"?

Na Facebooku zablokowałem możliwość pisania do mnie wiadomości, ponieważ przychodziło około 2 tys. wiadomości dziennie. Nie dało się tego ogarnąć.

Skąd bierzesz ludzi do swoich programów?

To zależy. Czasami daję ogłoszenie na swojej grupie – cyber Gwardii, kiedy potrzebuję statystów. Biorę poza tym youtuberów i znajomych. W moim najnowszym filmiku dzieje się najwięcej, jeśli chodzi o produkcję. Tak zorganizowanego planu jeszcze nie miałem. Tam już potrzebowałem kaskaderów, ratownika medycznego. Full wypas.

Dlaczego w Twoich filmach pojawiają się wulgaryzmy, skoro większość fanów to dzieci?

Używam przekleństw na przykład w Mega Mixach... I jeśli ich używam, to są one uzasadnione, są po coś. Z rozwagą używam przekleństw, nie są u mnie przecinkami.

Teraz typowe pytanie: skąd czerpiesz pomysły do swoich filmów?

Z życia. Mam swój kajecik, w którym je notuję. Ostatnio też zapisuję w telefonie, jak jadę autobusem. Zapamiętuję też konkretne sytuacje ze znajomymi. Drugą inspiracją są natomiast seriale i filmy. Ostatnio natknąłem się na "Holistyczną agencję detektywistyczną Dirka Gently'ego" – polecam. Gdybym miał robić serial, to właśnie w takich klimatach. Lubię też "Strzelca" i "Serię Niefortunnych Zdarzeń". Na okrągło coś oglądam.

Filmy nagrywam co tydzień. Ostatnio zapędziłem się za bardzo i w tym roku nigdzie jeszcze nie byłem. Dążę do tego, żeby produkować filmy z wyprzedzeniem.

Jeździsz autobusem?

Nie mam prawa jazdy. Po co mi to? Są autobusy, tramwaje, metro...

Ile zajęło Ci stworzenie tej książki?

Miałem ten plus, że już kiedyś napisałem materiał odnośnie mojej choroby. Więc to już miałem. Wystarczyło dodać dzieciństwo i to, co było potem. W sumie zajęło mi to rok.

A co robi Cyber Marian poza YouTubem?

Poza nagrywaniem filmów – oglądam. Na resztę rzeczy nie mam czasu.

Rozmawiała Sonia Tulczyńska, dziennikarka warszawa.naszemiasto.pl
Zdjęcie główne: Szymon Starnawski

Za gościnność i świetną organizację oraz udostępnienie przestrzeni do wywiadu dziękujemy Zespołowi Szkół nr 51 im. I.Domeyki w Warszawie.